WALKA Z WIELKĄ LECHIĄ FAKE NEWSÓW, CZYLI KILKA SŁÓW O KSIĄŻCE "FANTAZMAT WIELKIEJ LECHII" ARTURA WÓJCIKA


      Ostatnio coraz częściej mówi się o produkcji Wojciecha Smarzowskiego, która będzie opowiadała o przedchrześcijańskiej Polsce. Nie milkną głosy, że reżyser Kleru w swoim scenariuszu w jakiś sposób odwoła się do popularnej pseudohistorycznej narracji o imperium Wielkiej Lechii. Dowodem na to mogą być słowa Smarzowskiego: "Być może następna będzie historia o Słowianach. Opowieść o tym, że przed chrztem też byliśmy", co przypomina słowa turbolechitów o tym, że przecież w 966 roku nie zeszliśmy z drzew. Niektórych niepokoi również zatrudnienie na stanowisku konsultanta rekonstruktora historycznego i rodzimowiercę, Igora Górewicza, któremu Przemysław Witkowski z Krytyki politycznej zarzuca związki z prawicowymi środowiskami. Co prawda rodzimowiercy często odcinają się od narracji o Wielkiej Lechii, ale część organizacji rodzimowierczych łączy z trubolechitami pogańsko-prawicowa ideologia. Niezależnie od tego, czy obawy o nową produkcję są przesadzone, to jest duża szansa, że z racji tematu serialu Smarzowskiego, Wielka Lechia pojawi się w debacie publicznej, a już na pewno w debacie w internecie. Skoro więc lada chwila pseudohistoria o starożytnej Polsce może stać się bliska polskiemu kinu, warto przyjrzeć się publikacji, która w sposób merytoryczny konfrontuje się z narracją o Wielkiej Lechii. Mowa tutaj o książce Fantazmat Wielkiej Lechii, Artura Wójcika.
Wielka Lechia to twór na wskroś romantyczny, a jednocześnie powstały z głębokich kompleksów, których ślad w polskiej pozaborowej duszy odnalazła i opisała już Maria Janion w Niesamowitej słowiańszczyźnie. Naiwna wiara w istnienie starożytnej potęgi położonej nad Bałtykiem udowadnia, że chcielibyśmy myśleć o sobie jako o kimś więcej niż „tylko” o potomkach Piastów. Nie! Mamy o wiele więcej do zaoferowania! To my powinniśmy tworzyć trzon tradycji europejskiej! To nasze imperium było tu od zawsze! Kusząca perspektywa, prawda? Polska matką narodów. W końcu każdy chce być wyjątkowy, choćby na poziomie tożsamości narodowej.
Wszystko na poważnie zaczęło się od książki Janusza Bieszka Słowiańscy królowie Lechii wydanej w 2015 roku, która z miejsca stała się bestsellerem. Później poszło już lawinowo. Kolejne publikacje Bieszka, książki Pawła Szydłowskiego, Tomasza Kosińskiego i Dragomiry Płońskiej. Z początku rodzimi historycy chcieli tę gałąź pseudohistorii Polski zlekceważyć, jednak z czasem zauważyli, że udawanie, iż problem nie istnieje prowadzi do stanu, w którym turbolechickie poglądy szerzą się, znajdują nowych zwolenników, a przede wszystkim zakłamują dzieje początków państwowości nad Wisłą. Jednym z tych, który rozwój środowiska skupionego wokół hipotezy o Wielkiej Lechii śledził od dawna był Artur Wójcik, autor bloga Sigillum Authenticum. I to właśnie on podjął się wysiłku rzeczowego obalenia tezy dowodzącej, że taki twór jak Wielka Lechia kiedykolwiek istniał. Jego książka Fantazmat Wielkiej Lechii jest jednak czymś więcej niż tylko polemiką, jest książką skrojoną na nasze czasy, książką, która może być czytana jako podręcznik do walki z fake newsami.
Jeśli kiedykolwiek zetknęliście się z publikacją na temat Wielkiej Lechii, dobrze wiecie, że autorzy zarzucają was w niej niezliczoną ilością dowodów na to, że tradycja państwowości Polskiej ma bez mała cztery tysiące lat. Lektura dla osoby wnikliwej, ale niemającej szerokiej, akademickiej wiedzy historycznej, jest w tym przypadku nieznośna. Nonszalancka bibliografia odsyła nas niemal na chybił trafił w odmęty pseudonaukowych artykułów i wypowiedzi na Youtube lub do dawnych kronik. Jeśli chcielibyśmy być rzetelni i zweryfikować ogrom sensacyjnych informacji, którymi zarzucają nas panowie Bieszk, Szydłowski, czy Kosiński, musielibyśmy wykonać ogromną pracę. Tę pracę wykonuje za nas Wójcik, jednocześnie jednak uczy jak powinniśmy sami na własną rękę obchodzić się z takimi konfabulacjami. Autor krok po kroku analizuje kroniki, które służą turbolechitom do obrony swoich racji. Wskazuje źródła fałszywe, a w tych prawdziwych analizuje ustępy obecne w nich tylko dlatego, że kronikarze chcieli legitymizować władzę królewską i stwarzali legendarne losy mitycznych władców. Wójcik jednocześnie zwraca uwagę na retorykę tak samych kronik, jak i autorów turbolechickich i pokazuje, że żadne zdanie nie jest niewinne i stoi za nim pewien światopogląd, o czym nigdy świadomy odbiorca nie powinien zapominać.
Zwróćcie uwagę, że w dobie rozmnażającej się w zastraszającym tempie informacji w gruncie rzeczy na okrągło czytamy artykuły, które mają wiele wspólnego z publikacjami o Wielkiej Lechii. Co chwilę otrzymujemy zaskakujące newsy trudne do weryfikacji. Jeśli chcemy sprawnie poruszać się w dobie nieskończonego share’owania i fake newsów, musimy nauczyć się odpowiedniej ostrożności i posiąść pewne umiejętności. Tak naprawdę cała książka Wójcika to elementarz postępowania z informacją. Jeśli jakiś fakt budzi twoje zdziwienie, zaskoczenie, niedowierzanie, przyjrzyj się mu dokładniej. Marcin Napiórkowski, antropolog współczesności, radzi wręcz, żeby w dzisiejszych czasach po prostu z góry „nie wierzyć” w otrzymane informację i drążyć: skąd autor to wie?; dlaczego przedstawia fakty w taki a nie inny sposób?; jakie jest źródło jego wiedzy? Wójcik w zakończeniu swojej książki słusznie zauważa, że weryfikacja źródeł powinna być umiejętnością, którą sukcesywnie przyswajamy w szkole od najmłodszych lat, a książki takie, jak Słowiańscy królowie Lechii mogłyby służyć jako świetny materiał, unaoczniający nierzetelne praktyki przekazywania informacji.
Fantazmat Wielkiej Lechii jest więc bez wątpienia książką potrzebną, książką przyglądającą się jednemu z najciekawszych fenomenów polskiej kultury ostatnich lat, książką nowoczesną pod względem metodologii, ale również pod względem zrozumienia aktualnego klimatu społecznego. Wciąż jednak o Wielkiej Lechii sporo jest do powiedzenia z perspektywy antropologicznej i socjologicznej, ale, jak zastrzegał autor, od początku nie to miało być rolą Fantazmatu Wielkiej Lechii. Fantazmat… jest polemiką historiograficzną, otwierającą pole do szerokiej, interdyscyplinarnej dyskusji, na którą z niecierpliwością czekam.


Komentarze

  1. Akurat to, że Smarzowski w swoim serialu ma sięgnąć po Wielką Lechię jest bujdą. Serial wg zapowiedzi ma opowiadać o przedchrześcinańskich Słowianach, a to wcale nie implikuje Imperium Lechickiego. Zresztą obranie Igora Gorewicza na konsultanta merytorycznego jest przecież zaprzeczeniem pomówień o inspiracje Wielką Lechią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fragment uszczegółowiłem, żeby pozbawić go skrótu myślowego, który się w nim znalazł.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty